Atak kawalerii niemieckiej na Kutno w nocy z 15 na 16 listopada 1914 r.

Tłumaczenie artykułu z niemieckiej broszury p.t. „Deutsche Reiter”, wydawnictwa H. Hillgera, Berlin – Upsk, „Krieg und Sieg” opublikowane w Tygodniku Kutnowskim nr 46 z 12 XI 1921 r., s. 4; nr 49 z 9 XII 1921 r., s.4 – 5; nr 51 z 21 XII 121 r., s. 7.

Dnia 11 listopada rozpoczęły się ataki na naszych szybko naprzód postępujących wojsk w północnej Polsce, na południe od Wisły. W Dniu 15 listopada walczyło zwycięskie lewe skrzydło na linii, wiodącej przez Dąbrowice, na południe od Lubienia, w poprzek przez: gościniec z Kowala do Gostynina, aż że błota nadwiślańskie na zachód od Płocka. Z tyłu, po za środkiem tej linii, stał nasz korpus kawalerii pod dowództwem generała porucznika von Richthetena, w gotowości do wyruszenia w pościg za ustępującym nieprzyjacielem z chwilą zwycięskiego przełamania jego frontu przez główna armię.

Jedyna dywizja kawalerii oczekiwała z niecierpliwością rozkazu do pościgu już od godz. 7 rano od Czaplami, na południowy wschód od Lubienia. Około godz. 2 po południu uznał dowódca korpusu, że moment odpowiedni nadszedł. Dywizja otrzymała rozkaz ścigania Rosjan w kierunku południowo – wschodnim, ile tylko koniom nóg starczy. Jako cel wytknięta została szosa, wiodąca z Łęczycy do Łowicza, którą mieliśmy osiągnąć między Piątkiem, a Bielawami.

Rozstrzygnięcie właśnie przed chwilą nastąpiło: dzielny korpus rezerwy wyrzucił nieprzyjaciela z jego mocnej pozycji pod Łaniętami. Patrzyliśmy na Moskali, wychodzących z rowów z podniesionymi w górę rękami. Niezdobyta do niedawna linia obrony była przełamana i droga dla kawalerii stała otworem. Z jedna brygadą, jako przednią strażą, ruszyła cała dywizja zaraz naprzód, okrężną drogą przez Sokołów, aby wyminąć piechotę, która postępowała za nieprzyjacielem prostą drogą. Około godz. 4 po południu – a było już całkiem o tej porze – husarzy musieli się rozprawić naprzód z dość silnym oddziałem kozaków, który, nie zauważony przez piechotę, usadowił się w lesie, na południe od Sokołowa. Dalsza droga miała prowadzić przez Strzelce. Dowódca przedniej straży, dotarłszy do Niedrzewia, stwierdził niestety, że droga do Strzelec zajęta już była przez korpus główny. Rozprawa z kozakami zajęła nam czas i przeszkodziła w wyminięciu piechoty. Była to naturalnie dla prącej naprzód dywizji okoliczność przykra. Wysłany naprzód oficer sztabu generalnego naszej dywizji zorganizował przemarsz straży przedniej przez krzyżującą się z nią kolumnę artylerii. Główna siła miała postąpić podobnie.

Nieuniknioną przy tym zwłokę wykorzystał oficer aprowizacyjny a zarazem tłomacz sztabu dywizyjnego, przygotowując nam w „zamku” Niedrzewieckim herbatę – jedyny napój, wiecznie się powtarzający w ciągu długich dni naszego dalszego pochodu za armią rosyjską aż prawie pod Łódź i Piotrków. W prostym, ale ciepłym pokoju, opuszczonym kilka godzin temu przez rosyjskiego generała z jego sztabem, wobec nastającego pod wieczór dość silnego mrozu, nastrój był wyśmienity.

Nareszcie zdołaliśmy wyprzedzić piechotę, co prawda rezygnując z głównego, wygodnego traktu. Tylko ten, kto już raz jeździł konno w ciemnościach po rosyjskich drogach, zrozumie co to znaczy. Wkrótce nastała też nowa niespodzianka. Jeden szwadron przedniej straży rozerwał się u południowego wyjścia z Klonowca: druga jego połowa pojechała naprzód prosto, zamiast wykręcić na południowy – wschód, na lewo Bo też nawet konturów najbliższego jeźdźca przed sobą nie można było rozpoznać.

Zaledwie, że przednia straż doszła do skrzyżowania z główną szosą, wiodąca ze Strzelec do Kutna, dany został rozkaz wykręcenia tą szosą w prawo, zamiast dalszego pochodu z kierunku południowo – wschodnim. Dawało to widoki szybszego posuwania się naprzód i prawdopodobieństwo urządzenia pod Kutnem krótkiego odpoczynku. Wiadomo, było bowiem, że na to miasto wyznaczonych było już przedtem kilka batalionów strzelców, spodziewaliśmy się więc zastać je już w ręku niemieckim.

Kutno zostało więc oznaczone przedniej straży jako cel najbliższy. Jednak cel ten dość trudno dawał się osiągnąć. Jeźdźcy, zsiadłszy z koni, musieli dom za domem po obu stronach szosy opróżniać z kozaków, zanim kolumny mogły ruszyć dalej. Trzeba było powyrzucać Moskali z ciepłych izb, aby potem z tyłu nie strzelali do naszych szeregów. Jeden z podoficerów zbierał ich na samych końcach dywizji i prowadził na tyłach.

Tak nastała godzina 10 wieczorem, przy 12 stopniach mrozu. O tej porze nadeszła wiadomość, że nasi przedni żołnierze zaskoczyli i pojmali wartownika piechoty rosyjskiej. Z tego wynikało, że bataliony naszych strzelców jeszcze tu nie dotarły i że znajdujemy się sami w obliczu nieprzyjaciela. Batalion piechoty zwykle przydzielony do naszej dywizji, oraz kompania cyklistów, użyte były tym razem gdzieindziej i jeszcze do naszej dywizji nie powróciły.

Wkrótce nadeszły dalsze ważne raporty straży przedniej, zbliżającej się już do Kutna. Jeden z tamtejszych mieszkańców wyznał, że Kutno obsadzone było w dniu 15 listopada przez znaczne siły nieprzyjacielskiej piechoty i artylerii, że jednak nad wieczorem główne siły opuściły miasto w kierunku Warszawy i że obecnie znajduje się tam tylko mniejszy oddział. Z jednego z pierwszych domów wyciągnięty został z łóżka oficer rosyjski, który pokazał na mapie położenie trzech jeszcze pułków piechoty rosyjskiej na zachód od Kutna. Jeżeli zeznania tego oficera były prawdziwe, w co zresztą można było nie wątpić, bo zgadzały się dobrze z jego wskazaniami na mapie, to pułki owe zagrażały poważnie naszemu prawemu skrzydłu. W każdym razie stawało się konieczne dokładne poinformowanie o tym naszych głównych sił na zachodzie. W tym kierunku musiały być potem wysłane oddziały strzelców jednej z brygad kawaleryjskich dla osłony prawego boku.

Dowódca straży przedniej otrzymał tymczasem polecenie zajęcia Kutna. W wykonaniu tego rozkazu zdecydował się on przedrzeć się z przednimi oddziałami przez miasto, aby w ten sposób opanować możliwie jak najprędzej wszystkie wyjścia. Miasteczko było już w głębokim śnie pogrążone. W szybkim biegu, pieszo udało się naszym jeźdźcom zamknąć wszystkie wyloty i obsadzić je chociaż słabymi siłami. Sam pułkownik H. ze strzelcami mniej więcej dwóch szwadronów i dwiema armatami dotarł do obszernego rynku właśnie w chwili, gdy w miasteczku ruch się rozpoczynał. Część załogi rosyjskiej, stanowiąca zapewne straż główną, wypadła z jednej z bocznych uliczek na rynek i rozpoczęła utarczkę salwą, której ofiarą padli jako pierwsi rotmistrz sztabu brygady Bodenstedi i trębacz, sierżant Schmieter. Ten pierwszy atak udało się wstrzymać od razu, dzięki przytomności umysłu kanoniera Dietzmana, który samorzutnie wystrzelił z pierwszej przygotowanej właśnie do strzału armaty. Ale ze wszystkich domów zaczęli się teraz sypać Moskale i rozpoczęła się dzika, bezplanowa walka jednego z drugim. Armaty na rynku, których obsługa po większej części już była ranna, zostały w końcu tak zagrożone, że trzeba je było stamtąd wycofać.

Widok odjeżdżających armat dodał moskalom widocznie odwagi, bo ze zdwojoną energią ponowili atak. Jedna z zagrożonych armat uratowana została tylko dzięki energii huzara Birkenhausa. Pułkownika li, leżącego na ziemi z ciężko nadwyrężoną noga uratowali od niewoli dwaj dzielni ordynansi, frajter Grochmann i huzar Dierkens przyprowadzili mu konia i wsadzili go na niego śród najgorętszego ognia karabinowego. Tymczasem rozwinęła się już także walka u wylotów, szczególniej na szosie do Łowicza – drodze odwrotowej Rosjan. Tu stał porucznik strzelców konnych Schmidt z siedmioma ludźmi, przy moście. W tym kierunku wymaszerowała silniejsza kolumna piechoty rosyjskiej i z najbliższej odległości powitana została gorącym ogniem owych siedmiu karabinów. Poniósłszy dotkliwe straty, cofnęli się Moskale do domów i rozpoczęli gęstą strzelaninę do naszych kilku strzelców, którzy leżeli dobrze zasłonięci i udaremniali wszelkie próby przebicia się. Wobec tego spróbowali Moskale nas obejść i zaskoczyć z boku z ogrodów. Trzej pierwsi, przełażący przez płoty, padli od kul porucznika Schmidta, wobec czego reszta podniosła ręce do góry.

Tymczasem za miastem sztab dywizyjny wyczekiwał z niecierpliwością wyniku walki ulicznej. Ogień karabinowy słyszało się coraz silniejszy. Wieści „blobowe” mnożyły się co chwila. „Jedna armata stracona”. „Posterunki u wylotów zostały odcięte”. „Pułkownik H. padł”. Wobec takich mnożących się niepomyślnych wieści ciężką istotnie była decyzja nie ustępować, tylko przez wprowadzenie posiłków chcieć sobie zapewnić zwycięstwo. Dowódca dywizji, hr. Schmettow, trwał przy tym swoim postanowieniu wbrew wszelkim alarmującym wieściom. Artyleria dostała rozkaz wyjechania na północny skraj miasta i wystrzelenia do środka miasta granatów wiele ich tylko miała do rozporządzenia. Generał v. S. otrzymał polecenie rozwinięcia przeciw miastu przed artylerią linii strzelców dwóch naszych brygad. Z miasta zaczynał się teraz także ogień. Na szosie panowało wściekłe zamieszanie. W zupełnych ciemnościach trzeba było wysunąć strzelców i artylerię. Konie, prowadzone za uzdy, zostały zebrane na tyły.

Wówczas też padł rozkaz „ wyprowadzić karabiny maszynowe na front!”. Do spełnienia tego zadania, wcale nie łatwego, jak z powyższego wnosić można, zgłosił się natychmiast książę Joachim Pruski, należący do sztabu dywizji jako ordynansowy oficer. Rozkaz został spełniony ze stanowczością i dziarskością. Wkrótce książę zgłosił się z raportem, że udało mu się osobiście dostawić tę ważną broń do przedniej linii bojowej.

Granaty, pękające nad domami, gra karabinu maszynowego i wystąpienie strzelców przeciwko przedmieściu, a wreszcie, i nie na ostatnim miejscu, dzielna wytrwałość wszystkich oddziałów w środku miasta i u wylotów, zmogły powoli siłę Rosjan. Ogień tak w mieście samem, jak i na peryferiach słabł stopniowo. O godzinie 4 nad ranem zdobycie Kutna zostało zameldowane.

Duża ilości Moskali poddała się tymczasem w mieście samem. Ale coraz więcej przyprowadzano ich jeszcze i spędzano na plac pod kościołem. Grupami przeszukiwali ludzie poszczególne domy. Nie brakowało przy tym komicznych epizodów: przed jednym z domów zastaje któryś z naszych oficerów trzech badańskich dragonów i pyta ich się, po co oni tu stoją. Odpowiedź brzmi: „jakiś po niemiecku mówiący Moskal otworzył okno i powiedział nam, że nie potrzebujemy się fatygować, bo oni zaraz w sześciu do nas przyjdą tylko się ubiorą!”

Około piątej rano wkroczył nasz sztab dywizyjny do Kutna. W jednej z aptek dostaliśmy coś nie coś do zjedzenia, a w braku innego napoju – trochę wina pepsynowego. Znalazł się też ciepły napój.

Po sprowadzeniu luźnych koni mieliśmy dwie godziny do dyspozycji na odpoczynek. Czas ten wyzyskaliśmy jak się dało do pożywienia tak ludzi, jak i koni. Owsa niestety nie było prawie wcale. Nie brakowało tylko, aż do zbytku, zarekwirowanych papierów, których zapas wystarczył jeszcze w parę dni później do poczęstowania piechoty, co tego samego ranka wkroczyła do Kutna. Mogliśmy jej także dodać 1500 jeńców i prawdziwym podziękowaniem dla nas była radość piechoty wywołana niespodziewanie wielkim łupem. Jak iskra rozeszła się śród niej wiadomości o tak pięknem uzupełnieniu jej zwycięstwa przez konnych towarzyszy broni.

Wkrótce wyruszyliśmy dalej przeciwko tylnym połączeniom nieprzyjaciela. Już o godzinie 9.30 rano dywizja była w pochodzie ku Łowiczowi. Po półgodzinnym marszu miała nas czekać nowa uciecha. Okazały automobil wjechał w sam środek naszego patrolu pod dowództwem porucznika Odnna i najechał na przedni odział, którego komendant, porucznik Haussman zmusił pojazd do zatrzymania się pochylonymi lancami swoich żołnierzy. W automobilu siedział ekscelencja baron von Korff, gubernator Warszawski, ze swoim adiutantem. Był w drodze do Kutna, które spodziewał się zastać zajęte przez rosyjską brygadę piechoty. W parę minut po wzięciu do niewoli został on odstawiony komendantowi dywizji, a potem dowódcy korpusu kawalerii.

Natomiast nas wiodła droga dalej, głęboko na tył nieprzyjacielskiej armii. Dzień w dzień, aż do późnej nocy bywała dywizja w walce. I nie było chwili jednej, w której by ten dzielny oddział tracił swą jak skały wiarę w dobry wynik i o stateczne zwycięstwo naszego oręża.

Print Friendly, PDF & Email