Kutno jako ważny węzeł komunikacyjny już 1 września 1939 r. od wczesnych godzin porannych było obiektem nalotów lotnictwa niemieckiego. Przez miasto prowadziły drogi ewakuacji tysięcy polskich uciekinierów z Wielkopolski i Pomorza, tedy przejeżdżały pociągi ewakuacyjne. Najcięższe naloty przeżyło Kutno w dniu 3 września (spłonęły wówczas Zakłady Chemiczne) i 10 września (w centrum miasta zginęły 23 osoby, a kilkadziesiąt było rannych, gdy Niemcy obrzucili bombami zapalającymi i burzącymi ludzi wychodzących z niedzielnej Mszy św. z Kościoła parafialnego.

Wśród bezpośrednich świadków bombardowań Kutna był Jan Kaczkowski – zasłużony polski farmaceuta, który wówczas pracował w aptece Państwa Chacińskich. Pracę podjął tam jako młody farmaceuta, po ukończeniu studiów w 1933 roku. Mieszkał w pokoju przy aptece i tak po latach wspominał dzień 10 września:

Cały rynek miasta i pobliskie ulice wypełnione były furgonami wojskowymi z ewakuowanymi rannymi żołnierzami. Apteka położona była na Placu Piłsudskiego. Pomimo, że była niedziela apteka była czynna. Dzień był słoneczny, pamiętam wielu ludzi przechadzających się po ulicach. Miałem wtedy wolne, jednak przechodząc obok wstąpiłem do apteki. Było w niej kilku klientów – ludzi cywilnych i żołnierzy. Akurat córka przyniosła będącemu w pracy Machowskiemu obiad. Zobaczyłem, ze wyciera on z krwi nożyczki. Spytałem, co się stało. Wskazał mi siedzącego na progu apteki żołnierza z obandażowaną głową i powiedział, że właśnie odciął mu i opatrzył resztki ucha, które miał odstrzelone. Zaproponowałem, że go na chwilę zastąpię przy ekspedycji, aby mógł spokojnie zjeść i ubrałem biały fartuch. Właśnie schyliłem się, aby sięgnąć z dolnej szuflady stołu, gdy w budynek wyrżnęła bomba. Zostałem oszołomiony, może nawet straciłem na chwilę przytomność. Ocknąłem się cały przysypany gruzem i naczyniami aptecznymi, leżąc wzdłuż masywnego stołu, który ocalił mi życie. Nagle, na drugim końcu tunelu utworzonego przez zerwane stropy i gruz z powalonej ściany, spostrzegłem diabła. Widziałem jego błyszczące oczy w czarnej, usmolonej twarzy i duży nos. Wokoło błyski płomieni. Czy ja już nie żyję. Gdzie ja jestem – pomyślałem…Był to ten ranny żołnierz, który schronił się przed nalotem w aptece i został przysypany. Wydostaliśmy się z gruzu. Gruzy apteki płonęły” Zgodnie z otrzymanym rozkazem, każda apteka musiała w ramach mobilizacji zrobić zapasy środków opatrunkowych i spirytusu do dezynfekcji ran. Nasze kilkadziesiąt litrów wybuchło i podpaliło regały i suszone zioła. Przed apteką i przed stołem ekspedycyjnym leżało kilkoro zabitych. Bomby uszkodziły również sąsiednie kamienice. Panowała cisza, plac był wyludniony. Dzień był piękny, pogodny taki … Wkrótce usłyszałem znów charakterystyczny dźwięk nadlatującego bombowca. Muszę się schronić! Ale gdzie? Pobiegłem pod masywne kolumny i balkon znajdującej się kilka domów dalej bożnicy żydowskiej. Tym razem samoloty przeszły dalej. Wyszedłem na rynek i myślę, co mam teraz robić. Patrzę, a naprzeciw w bramie, z drugiej strony placu stoi jakaś kobieta i kiwa na mnie ręką: „Proszę pana! Proszę pana …” No więc podbiegam do niej, a ona mówi: nic teraz nie można zrobić. Niech się tam pali, a pan niech wejdzie, wypije pan herbatę! Otrzepałem się nieco z gruzu, piję herbatę i patrzę przez okno, ale widzę, że przy aptece kręcą się jakieś postacie, włażą przez okno i zasypane wejście do środka i coś wynoszą w szufladach aptecznych…”.

dr Jacek Saramonowicz 

Print Friendly, PDF & Email